Google Tag Manager brzmi jak coś, czym powinien zajmować się „człowiek od marketingu”, a nie właściciel firmy. I jest w tym trochę prawdy. Z drugiej strony, to właśnie od sposobu mierzenia zależy, czy wiesz, z czego tak naprawdę są klienci. GTM nie jest magicznym dodatkiem, ale bywa bardzo przydatnym pudełkiem z narzędziami – pod warunkiem że rozumiesz, po co go w ogóle używasz.

W ogromnym skrócie: Google Tag Manager to miejsce, w którym trzymasz wszystkie „tagi”, czyli kody śledzące i piksele, które normalnie trzeba byłoby wklejać w różne miejsca na stronie. Dzięki GTM nie musisz za każdym razem angażować developera, żeby dodać kod do śledzenia formularza, nowej kampanii czy narzędzia analitycznego. Raz podpinasz kontener na stronie, a później większość pracy dzieje się w panelu GTM.

Dla właściciela małej firmy kluczowe pytanie brzmi jednak inaczej: czy to jest coś, co realnie mi pomaga, czy kolejny techniczny wynalazek, który tylko komplikuje sprawę? Odpowiedź zależy od tego, jak wygląda Twoje marketingowe „podwórko”.

Kiedy GTM ma sens w małej firmie

Jeżeli masz prostą stronę-wizytówkę, jedną kampanię i nic się za bardzo nie zmienia, to prawdopodobnie dasz sobie radę bez GTM. Ale im więcej elementów wchodzi do gry, tym bardziej zaczyna się opłacać.

GTM zaczyna mieć realny sens, gdy:

  • korzystasz z kilku źródeł ruchu (Google Ads, social media, może jeszcze jakieś narzędzia typu live chat czy mapy cieplne) i każde z nich potrzebuje swojego „tagu”,
  • zależy Ci na dokładniejszym pomiarze: chcesz wiedzieć, ile osób przewinęło do konkretnej sekcji, ile kliknęło w numer telefonu, ile wysłało formularz na konkretnej podstronie.

Wtedy zamiast robić na stronie „doklejki” w 10 miejscach, trzymasz to w jednym miejscu, w miarę czytelnie poukładane.

Dodatkową korzyścią jest to, że można łatwo testować nowe rzeczy. Chcesz chwilowo podpiąć narzędzie do nagrywania sesji, żeby zobaczyć, gdzie ludzie się gubią? Nie trzeba kolejny raz grzebać w kodzie strony – ogarniasz to na poziomie GTM, a jak Ci się znudzi, wyłączasz jednym kliknięciem.

A kiedy GTM to przesada?

Są też sytuacje, w których GTM wprowadza więcej zamieszania niż pożytku. Dzieje się tak zwykle wtedy, gdy:

  • nikt do końca nie wie, co tam siedzi – kontener był zakładany lata temu, potem zmieniały się agencje, każdy coś dorzucał, nikt nic nie usuwał,
  • jest tylko jeden kod GA4 i nic więcej, a dodatkowa warstwa w postaci GTM komplikuje debugowanie.

W takim przypadku, zanim zaczniesz dodawać kolejne tagi, warto zrobić krok w tył. Zobaczyć, co tam w ogóle jest, co działa, co jest od lat nieużywane. Czasem lepiej wyczyścić i poukładać na nowo, niż doklejać kolejne rzeczy do bałaganu.

Jak korzystać z GTM, żeby Ci pomagał, a nie przeszkadzał

Jako właściciel firmy nie musisz sam klikać w każdą opcję w panelu. Warto natomiast rozumieć, co powinno być efektem końcowym. Najczęściej chodzi o trzy proste rzeczy: mierzymy wysłane formularze, mierzymy kliknięcia w telefon, mierzymy zakupy (jeśli masz sklep). I to wszystko powinno zgodnie „wpadać” do GA4 i ewentualnie do Google Ads.

Na tej bazie można zbudować sobie kilka prostych raportów: ile konwersji przyszło z danego źródła ruchu, jak rozkładają się w czasie, które kampanie są realnie opłacalne. GTM jest wtedy tylko zapleczem technicznym – ważne, żeby działał, ale nie musisz o nim myśleć codziennie.

Najrozsądniejszy układ pracy wygląda często tak: raz porządnie ustawiony i opisany kontener (co jest czym, do czego służy), a potem okazjonalne zmiany, kiedy rzeczywiście ich potrzebujesz. Bez dłubania przy każdej drobnej kampanii.

Co możesz ogarnąć sam, a co lepiej zlecić

Jeśli lubisz wiedzieć, co się dzieje „pod maską”, możesz samodzielnie zalogować się do GTM, zobaczyć, ile tagów jest podpiętych, jak się nazywają i czy nie wyglądają jak archeologia z 2017 roku. To już daje Ci ogląd sytuacji.

Samo projektowanie sensownego pomiaru – co mierzymy, w jaki sposób, jak to potem będzie używane w GA4 i w kampaniach – warto jednak robić z kimś, kto siedzi w tym na co dzień. Chodzi o to, żeby GTM pracował na realne decyzje biznesowe, a nie był kolejnym narzędziem „bo wszyscy tak robią”.

Leave a Reply